poniedziałek, 27 grudnia 2010

W podróży inaczej niż w domu

Czyli o tym, czy warto dziwić się wszystkiemu, co inne niż w domu

Jedziemy te pięćset lub więcej kilometrów od domu i nie możemy się się nadziwić, że gdzieś tam żyją inaczej, robią wiele rzeczy inaczej, inaczej gotują, w inny sposób odpoczywają. Do tego wszystkiego mówią jeszcze zupełnie innym językiem niż my! Poniżej kilka scenek z podróży do miejsc, gdzie …..jest po prostu inaczej.

Część pierwsza: Belgia inna niż Polska

Podróży do Brukseli dzień pierwszy (lato 2008); jeszcze w kraju, na lotnisku Okęcie

Przesiadka podczas lotu, czas oczekiwania na samolot do Brukseli: około 3 godziny. Trzeba by coś zjeść. W strefie wolnocłowej jedyna lotniskowa 'knajpa', czytaj: restauracja. Dania wystawione na widok publiczny, mówisz obsłudze, co mają nałożyć ci na talerz. Wybieram szparagi oraz apetyczne danie przypominające Beef Strogonow. Kelner trochę bezpośredni, 'Co, kotku, dla Ciebie?'. Aż poczułam się znów jak nastolatka! To chyba taki nowy chwyt marketingowy. Pokazuję mu wybrane potrawy, na koniec pytam: 'Dużo za to zapłacę? - 'Trochę'. Odpowiedź mało konkretna, ale niech mu będzie. Stawiam na jakieś 20-30 złotych, jak za danie w średniej klasy restauracji. Dania lądują w mikrofali, za chwilę na talerzu. Biorę talerz do rąk i mało brakuje, żebym go upuściła, 'parzy!', pan szybko to ode mnie zabiera, pomaga umieścić na tacy, a teraz, moja droga, do kasy. Przy kasie okazuje się, że cena tej smacznej potrawy wynosi... 75zł! Skąd te ceny? No tak, jedyna knajpa dostępna już po odprawie, nie mają więc konkurencji. Przynajmniej jedzenie było smaczne.

Już w samolocie

Obsługa jak zawsze, uprzejma. Tylko dlaczego stewardessy w średnim wieku latają tylko na trasach krajowych, a na loty międzynarodowe wypuszczane są tylko te dużo młodsze? Przecież te starsze mają więcej doświadczenia, dlaczego więc są dyskryminowane? A może młodsze znają lepiej języki obce? Pewnie jestem wścibska, ale sama w takiej sytuacji czułabym się z lekka dyskryminowana. Po jakimś czasie zostałam uświadomiona przez bardziej obeznanych znajomych, że to nie żadna dyskryminacja, a normalna kolej rzeczy. Osoby bardziej dojrzałe często same unikają długich rejsów ze względu na obciążenie rodziną.

Na miejscu

Dzień nie pierwszy, nie drugi, ale i nie ostatni

Gotujemy obiad. Nagle słychać przeraźliwe wycie. Spokojnie, to tylko …. alarm przeciwpożarowy. Pożar? Będziemy się ewakuować? Wychodzimy z mieszkania, a to sąsiad Hindus gotuje jakąś narodową potrawę i pewnie rozgrzał za mocno patelnię. Wielki brat patrzy, nawet gotując, nie poszalejesz.


Wszystkie koty są nasze
Czyli o dokarmianiu zwierząt domowych należących do sąsiadów

Wiecznie głodna kotka wchodziła drzwiami od ogrodu. Pokręciła się chwilę po mieszkaniu, dała się pogłaskać, nakarmić, po czym syta wracała do siebie. Codzienny rytuał. Nie wyglądała na zaniedbaną, wręcz przeciwnie. Musiała być być bardzo towarzyskim zwierzakiem. To się nazywa utrzymywanie dobrych stosunków z sąsiadami.













Innym razem w metrze, czyli jak tu się nie zgubić w wielkim mieście?

Schemat metra prosty, mają tylko dwie linie (z drobnymi 'odnogami' i dwa kierunki)
Udaję się do znanego centrum handlowego City 2, stacja metra Rogier; nie ma wprawdzie bezpośredniej linii z mojej stacji, ale z mapy wynika że po drodze można przesiąść się na tramwaj.
Wysiadam z pociągu, ale gdzie ten peron tramwaju? Pytam o drogę dwoje młodych ludzi. Tłumaczę im po ludzku, że szukam peronu, na którym mogę przesiąść się na kolejkę do stacji Rogier. Bo przecież jesteśmy na stacji przesiadkowej. Oto odpowiedź na moje pytanie o drogę: 'Are you sightseeing Brussel?' -WTF?! Co was to obchodzi? Tyle mi pomogli. Co za ludzie, zamiast przyznać się, że nie potrafią mi pomóc, zaczynają towarzyską rozmowę. Później okazało się, że ta przesiadka na tramwaj wiązała się z koniecznością wyjścia z metra i...... udania się na przystanek tramwajowy. Nie mogli tego zaznaczyć na mapie?

Omlet na śniadanie? Czemu nie?

Sobota, jedziemy nad morze (północne). Po dwóch godzinach spędzonych w pociągu robimy się głodni. Po drodze na plażę w Ostendzie knajpa. Studiujemy menu, jest to pora na drugie śniadanie. Dań typowo śniadaniowych nie widać, w karcie królują omlety. Wybieramy najprostszy, całkiem pożywny w chłodne przedpołudnie. Kto powiedział, ze na wszystko najlepsze są nasze polskie kanapki?

Posileni, udajemy się na wymarzony spacer po plaży. Temperatura 15 lub nawet 10 stopni, ale wieje jak podczas niezłego sztormu, polar i kurtka Campusa wcale nie chronią przed przeszywającym wiatrem. Te omlety jednak nas specjalnie nie rozgrzały. Jeszcze zimniej robi mi się na widok kilkorga Belgów posuwających na rowerach w .. krótkich rękawkach. Nieźle zahartowani!

Plaża – odpływy i przypływy

Dopiero nad morzem północnym mamy okazję zobaczyć odpływ i przypływ z prawdziwego zdarzenia. Fale nad naszym Bałtykiem to pikuś. Pierwsza wizyta na plaży podczas odpływu. Plaża pusta, przestrzenna, jak widać na zdjęciach (Ostenda).









Jedziemy za tydzień mniej więcej w to samo miejsce. Coś tej plaży dzisiaj mniej. Gorzej, siedzimy sobie późnym popołudniem na plaży, a odległość pomiędzy wodą a naszymi plecakami z każdą minutą maleje. Stopniowo odsuwamy się wgłąb lądu. Wreszcie dotarło do nas, że to sprawa dzisiejszego przypływu. To jedna z rzeczy, dla których warto tu przyjechać.










Zakupy w niedzielę? Polaku, zapomnij!

Belgowie w niedzielę nie pracują. Małe prywatne sklepiki, wielkie centra handlowe, supermarkety, wszystkie są w niedzielę na głucho zamknięte. Polaku na wygnaniu, pamiętaj o zrobieniu zakupów w sobotę, inaczej grozi ci niechybna śmierć głodowa.
Zdarzają się jednak wyjątki potwierdzające regułę. Spaceruję sobie po szerokich ulicach dzielnicy europejskiej w Brukseli, aż tu nagle, oczom nie wierzę, widzę szyld: Open on Sunday (otwarte w niedzielę). No tak, w tej części miasta to zrozumiale.....W razie czego wiem, gdzie mogę zrobić te przegapione weekendowe zakupy.

Jak może zakończyć się próba przejścia przez jezdnię w niedozwolonym miejscu

Skracanie sobie drogi za pomocą przekraczania jezdni w odległości dwudziestu – trzydziestu metrów od pasów to u nas rzecz normalna – na skróty bliżej. Spróbujcie skrócić sobie w ten sam sposób drogę na niejednej belgijskiej ulicy, jednocześnie nie patrząc pod nogi. Potknięcie gotowe! Środkiem jezdni biegną jakieś mało widoczne przeszkody dla pieszych, wyglądem przypominające mini - krawężniki. Dwa razy się o nie potknęłam i od tej pory staram się -również w domu- przechodzić ulice tylko na pasach.

Cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz