Czyli jak niewiele trzeba, żeby kogoś niechcący pozbawić życia
Przy okazji świątecznego obżarstwa wracam pamięcią do ostatniego długiego weekendu (listopad, Antwerp). Właśnie syn podczas konsumpcji przyrządzonej przeze mnie kolacji przypomniał nam znaną w naszym rodzinnym kręgu przygodę z papryczkami. Robimy zakupy u Hindusa na rogu. Wpadam w zachwyt na widok orientalnych, moich ulubionych samosów. Po degustacji jednego na miejscu, w sklepie, kupuję kilka na wynos. Do tego dorzucam opakowanie małych zielonych papryczek chilli (green chilli peppers). Mąż podejrzliwie pyta, do czego mi te papryczki. Jak to do czego? Doskonała przyprawa w kuchni, szczególnie wegetariańskiej. Wieczorem przyrządzam kolację: makaron penne, ser żółty, i kilka wspomnianych papryczek. Już podczas podsmażania papryczek tak zaczęły nas piec oczy, że trzeba było otworzyć okno. Dobra, trochę się wywietrzyło, czas na konsumpcję. Mnie smakuje, mężowi chyba też, ale po chwili zaczyna okropnie kaszleć. To od tej kapsaicyny zawartej w papryczkach. Wygląda na to, że niewiele brakowało, żebym go przypadkiem zamordowała. To jak w tym powiedzeniu: 'Poisonous mushrooms she put in his soup', czyli 'Trujące grzybki dała mu do zupy'. Może przesadzam z tą kapsaicyną i jej szczególnymi właściwościami, ale wszystko, jak mówią, należy stosować z umiarem. Małżonek ma już ustalony pogląd na ten temat:
Nigdy więcej małych, zielonych papryczek....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz