czwartek, 2 grudnia 2010

Podróż 1 zimowa skiturowa


Moja antyprzygoda ze skiturami czyli co przeżywa zwyczajna, miejska żona gdy jej mąż zamiast zaplanować weekend w domu z rodziną pakuje plecak i zabiera ze sobą deski zwane potocznie skiturami.

Dla większości osób z grona tych zrzeszonych w klubach wysokogórskich normą jest spędzanie zimowych weekendów z dala od domu, czego, niestety, przeciętny mieszczuch nigdy nie zrozumie. Szczytem marzeń statystycznego mieszkańca obszarów bardziej lub mniej wielkomiejskich jest odreagowanie minionego tygodnia w klubie tudzież przed telewizorem lub temu podobnym urządzeniem, zawsze oczywiście ze współmałżonkiem, jeżeli takowy istnieje.

Niestety, ludzie zazwyczaj łączą się w pary na zasadzie jakiejś tajemniczej siły przyciągania, nie zawsze biorąc pod uwagę podobieństwo czy różnicę zainteresowań. Oto dlaczego przedstawiciele tej drugiej grupy (czytaj mieszczuchy, kanapiarze i im podobni) nieraz doznają lekkiego szoku na widok świeżo dokonanych przez ich współmałżonków zakupów w postaci różnego rodzaju sprzętów: nart, specjalnego obuwia i stroju oraz innych dziwnych przedmiotów, których nawet nazwać nie potrafię. Do czego im to wszystko będzie potrzebne?

Do niedawna klub wysokogórski kojarzył mi się z wyprawami wspinaczkowymi; lecz wkrótce to wyobrażenie okazało się być bardzo odlegle od rzeczywistości. Jedną z ulubionych rozrywek tego towarzystwa, przynajmniej w sezonie zimowym, jest człapanie pod górę na specjalnych deskach zwanych nartami skiturowymi (jakby nie można było wyjechać sobie na górę wygodnie wyciągiem) aby potem zjechać jakimś szalonym slalomem pomiędzy drzewami, obok szlaku, strasząc po drodze turystów schodzących ostrożnie z góry. Wcale nie jest mi za wesoło gdy mam w pamięci historie typu 'Wiesiek wjechał w drzewo i uderzył się w głowę, musiał potem jechać na pogotowie.' Albo SMS-y od kolegów o treści: 'Wczoraj w Mucznem niedźwiedź gonił rowerzystę.' Dokąd to oni jeżdżą, w końcu to nie Alaska! Nie dziwcie się, proszę, że oczekuję w mniejszym lub większym strachu powrotu małżonka z każdej kolejnej skiturowej wyprawy. Po takich opowieściach żadna normalna kobieta nie zmruży spokojnie oka.

Tych szaleńców nic nie jest w stanie zatrzymać w domu, nawet wizja braku prądu w całych Bieszczadach, kiedy to taka sytuacja miała miejsce pewnego listopadowego weekendu (pierwszy opad śniegu). Jedziemy w Bieszczady! No coś ty, przecież oni tam nie mają prądu! Wiem, dzwoniliśmy pod Rawkę (czytaj: do bacówki pod Małą Rawką), Krótki weźmie agregat, chłopaki wyjadą po nas śnieżnym skuterem!

Ostatniej zimy (2009/10) uzależnienie nie miało końca, jako że przez cały styczeń i luty śniegu w naszym kraju nie brakowało, a przynajmniej starczyło go na te ich samczo-wyrypiarskie wypady. Jak się wkrótce okazało, to szalone towarzystwo składa się w większości albo ze starych kawalerów albo z facetów pokłóconych z żonami, więc moja bujna wyobraźnia wciąż nasuwa mi przeróżne, graniczące z fantazją, obrazy. Nieraz słyszałam opowieści o szalonych imprezach, po których ludziom myliły się pokoje noclegowe, o wycieczce po kilku lub nastu piwach w samych skarpetkach do ogniska (gdy mróz na zewnątrz) itp. Jedyne niewiasty akceptowane przez grupę (zwaną też klubem kawalerów samotnych serc: KKSS) to dziewczyny, które zaczynały jazdę na nartach w wieku 3 – 5 lat, więc nie straszne im te wyrypiarskie wycieczki.
Dziewczyno, jeżeli sama nie jeździsz (ani nie chodzisz) na skiturach, zanim zakochasz się w takim, weź pod uwagę, jak wiele was dzieli, bo taki związek rzadko wytrzymuje próbę czasu. KKSS ostatnio został zasilony przez kolejnego wolnego strzelca. Mnie to, szczerze mówiąc, zbytnio nie dziwi, gdyż próba nakłonienia skiturowca do pozostania w domu, gdy za oknem sypie śnieg to istna walka z wiatrakami. Kazi udało się to kilka razy. Pamiętam jak przez mgłę żarty Krótkiego, że Muchomor znów został w mieście, bo Kazia nie jeździ na nartach. No, i jak to mówią, nosił wilk razy kilka.... Jak najnowsza plotka głosi, Muchomor rozstał się z Kazią. Z drugiej strony, zwyczajna babska solidarność podpowiada mi, ze powinnam trzymać w tym całym sporze stronę Kazi. No bo jak tu wytrzymać z takim apodyktycznym facetem, który wiedząc, że jego dziewczyna jest wegetarianką (no chyba, że tylko udaje), kupuje jej na kolację potrawę mięsną i jest oburzony, że panna odmawia jej zjedzenia.

część druga

Mając dość roli słomianej wdowy w długie zimowe weekendy, postanowiłam i ja spróbować. Kochany mąż zapewniał: Anulku, to takie łatwe, zakładasz narty i jazda z górki! Ja za pierwszym razem zjechałem z wysokiej góry. Zobaczysz, dasz radę, wystarczy tylko chcieć.

Lekcja pierwsza

Dojeżdżamy do Ustrzyk, wysiadamy z samochodu, i …..jak to, tak od razu mam zmienić buty, przypiąć narty i dymać do schroniska? A na butach nie można? Nie, nie jest to najlepszy pomysł, droga jest zasypana. Przecież ja nie potrafię! Zakładaj te skorupy (nie wiem, dlaczego oni zawsze muszą używać takich oryginalnych nazw) i nie marudź, szkoda czasu! Pan mąż pomaga mi przy tych trudnych czynnościach – pierwszy raz w życiu zakładam narty- i jedziemy! Droga prosta tylko wiatr okropnie zawiewa z lewej. Nagle straciłam równowagę i łups, leżę na śniegu, jak tu wstać gdy wiatr mnie z powrotem powala na ziemię a obciążenie w postaci plecaka nie ułatwia mi zadania? Wszyscy już daleko z przodu, cóż robić trzeba jakoś się podnieść. Po kilkunastu nieudanych próbach w końcu się wygramoliłam z tego śniegu, z ogromnym poczuciem klęski. Jeszcze mijają mnie jacyś ludzie i pytają czy wszystko w porządku.... tak, tak, w porządku, nie widzieliście nigdy człowieka pierwszy raz stojącego na nartach?! A może jestem, waszym zdaniem za stara na naukę? Trzeba było brać lekcje jeszcze w szkole? Zwykła dyskryminacja, na odrobinę 'przyjemności' nigdy za późno.

Gdy wreszcie dotarłam - jako ostatnia - do schroniska, nie było co marzyc o gorącej herbacie: 'żono, naukę jazdy czas zacząć!'

Na brak 'rozrywki' nie mogę narzekać, mój instruktor zapewnił mi jej pod dostatkiem: najpierw łatwizna czyli inaczej spacer na oślą łączkę, potem coraz trudniejsze manewry, skręt w lewo, skręt w prawo, jazda z małej górki. No i zaczęły się schody, bo jak tu jechać, gdy czapka spada na oczy (ta okropna polarówka okazała się być źle dopasowana), a ręce grabieją na mrozie i lodowatym wietrze. Jednym z elementów lekcji jest nauka zdejmowania i zakładania fok (dziwne, lepiej by brzmiało foków, ale ponoć są one rodzaju żeńskiego, jak te zwierzęta morskie). Gorzej niż w szkole,bo w takich polowych warunkach nie da się robić notatek. W efekcie trochę mi się to wszystko wymieszało, pamiętam instrukcje, że narty trzeba najpierw oczyścić ze śniegu, foki zakłada się na osuszone narty, ale jak tego dokonać podczas zamieci śnieżnej?! To samo dotyczy nauki zakładania i zdejmowania, zapinania i odpinania nart. Wiązania należy najpierw otrzepać ze śniegu, ale jak to zrobić zlodowaciałymi rękami, nie, tego się po prostu nie da wykonać w polowych warunkach! Lewa narta jeszcze ustąpiła, ale prawa uparcie odmawiała posłuszeństwa. Nie można pojechać na jednej narcie? 'No dobra, tym razem ci jeszcze pomogę, ale potem będziesz musiała sobie radzić sama'. Sama to mogę założyć tylko lewą nartę, ta prawa nie chce zaskakiwać. Jak ta Alicja może na nich jeździć? Może je tasiemką zawiązuje? - Narty miałam pożyczone.
'Najlepsze' były komentarze Krótkiego po powrocie do schroniska: 'I co, będzie z ciebie skiturowiec?' Najwyraźniej ten wymagający przywódca stada oczekuje rezultatów już od pierwszej lekcji.
Wrażeń nie koniec, skończył się dzień, zaczęła się zabawa. Wreszcie miałam okazję uczestniczyć w słynnych schroniskowych imprezach, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że trafiłam do ciekawego towarzystwa (ktoś inny nazwałby ich bandą dziwaków). Nawet wódki nie potrafią pić jak zwyczajni ludzie, muszą podawać kieliszek na złamanych nartach, należących do jednego z bohaterów wieczoru.
Dobrze, że jutro niedziela i wracamy do domu. Ta rozrywka chyba jednak nie jest dla mnie.

Imiona uczestników opisanych zdarzeń zostały zmienione. Autorka nie ponosi odpowiedzialności za subiektywną interpretację faktów.

Cdn




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz