Wyrypa letnia, czyli zwierzeń żony skitourowca wyrypiarza część druga
Nadeszło lato a z nim sytuacja moja czyli nieszczęśliwej żony nie uległa wielkiej poprawie. Wprawdzie skitoury zakończone (ostatni wypad miał miejsce bodajże w marcu, a może nawet kwietniu), ale co tylko zacznie się weekend, mój mąż odbiera telefon od Krótkiego
z propozycją a to kilkugodzinnego wypadu na męski spacer (czytaj wyrypę) do lasu, na który to nawet nie próbuję się wkręcić, w końcu nie chodzę odpowiednio szybkim krokiem. Wystarczy, że dobiegnie mnie jego głos:'Ja bym poszedł', a już dostaję białej gorączki. I wcale nie pociesza mnie myśl, że podobno nienawidzą go wszystkie żony jego kolegów. Niech się wreszcie ożeni i da nam spokój! Będzie sobie jeździł na te wyrypy ze swoją żoną. Marzenie niespełnione, Krótkiemu bowiem niezmiernie trudno dogodzić. Im starszy, tym coraz bardziej wymagający.
Coś jednak w nim zmiękło, bowiem w jeden z letnich weekendów udało mi się szczęśliwie wyjechać w góry z małżonkiem. Tym razem Krótki albo ustąpił mi pierwszeństwa (nie bez powodu nazywając mnie Pierwszą Żoną mojego męża) albo udał się w nieznane z ….. no właśnie, z kim? Czyżby znalazła się odpowiednia kandydatka? Może urządził casting i wreszcie któraś dała radę za nim nadążyć. Krótki słynie z szybkopiechurstwa, jest taki szybki, że mówią o nim: 'On ma wadę genetyczną.' Jak się wkrótce okazało, wyjechał na Chorwację z innym kolegą. Na Chorwację? To mi do nich nie pasuje, chyba powariowali, będą tam leżeć na plaży?! I czemu Bartek pojechał bez żony? Coś mi się tu nie podoba. A oto wyjaśnienie tej zagadki: nie pojechali na żaden plażowy podryw, tylko na rowery. Wyrypiarska jazda na rowerach to kolejne hobby tych zrzeszonych w klubie wysokogórskim. Bartek wprawdzie nie jest oficjalnym członkiem klubu, ale doskonale do tego towarzystwa pasuje.
Tak więc pojechaliśmy sobie w sobotę rano. Zostawiamy plecaki u miłej gospodyni w Dwerniku i idziemy na mały spacerek. Jest z nami nasz pies. Istna sielanka. W końcu to taka mała górka, Trohaniec, a dalej prosta droga na Otryt. nic nie zapowiada więc żadnej wyrypy. No tak, tylko że po drodze na ten Trohaniec musimy jakoś trafić, bowiem z Dwernika szlak tam nie wiedzie. Tak więc, ścieżka zniknęła już po niespełna kilku minutach i trzeba było przeprawić się przez takie małe krzaczki z kolcami, o których nazwę troszkę się spieraliśmy: mnie one wyglądały na krzaki jeżyn, lecz nie wiem czemu mój szanowny małżonek nazywa je ostrężynami? Wszak pochodzimy oboje z Podkarpacia.... Ale zaraz, zaraz, przecież pobieraliśmy nauki w innych szkołach! Jak zwał tak zwał, wygląd krzaków jest ten sam, nie wspominając ich charakterystycznych cech, zwanych kolcami. Na moje prośby o postój w celu ubrania ochraniaczy na nogi usłyszałam, że szkoda czasu, bo i tak się wleczemy, nic mi nie będzie, muszę tylko patrzeć, gdzie stawiam nogi. Pech chciał, że wróciłam z tej wyprawy cała podrapana, ze śladami po gałązkach jeżyn na nogach. Na drugi dzień przezornie założyłam stuptuty (podobno tak się one fachowo nazywają) zaraz na początku wycieczki.
Niedziela też była typowym dniem z życia mojego męża, czyli zapomnij żono o spacerze szlakiem turystycznym. Wiadomo, każdy wyrypiarz gardzi utartymi szlakami i wciąż powtarza, że nie ma nic bardziej nudnego niż łatwa droga, na której wiadomo, co może nas spotkać. Dziś wybierzemy się na Dwernik Kamień, ale nie tą oznakowaną ścieżką, tylko przez las, na skróty. Droga na skróty okazała się dwa razy dłuższa niż ta normalna z zielonymi znakami, w końcu szukanie właściwego kierunku bez kompasu i przedzieranie się przez krzaki zajmuje trochę czasu. Najtrudniej miał pies, bo taki nieduży, nieraz zaplątał się w jeżyny i musiał użyć całego swojego sprytu, żeby się z nich wydostać i drzeć do przodu.
Po drodze na ten cały Dwernik Kamień musieliśmy jeszcze znaleźć jakąś tam Magurę, zejść na dół 'na rympał,' a potem znowu na górę. Gdy dotarliśmy na szczyt okazało się, że to jeszcze nie ten, to jeszcze nie jest nawet połowa drogi. Co gorsza, minęła pora obiadowa, a tu końca nie widać. Cały dzień o batonikach dla sportowców! Gdy już wróciliśmy do samochodu, czekała mnie perspektywa powrotu do domu o pustym żołądku, bo tu już godzina siódma i zaraz zacznie robić się ciemno. Pan mąż chciał jak największy odcinek drogi przebyć przed zmrokiem. Na szczęście dla mnie, również i on poczuł się bardzo głodny, toteż na widok znaku 'zajazd w Czarnej' oświadczył, że jednak zjemy w tym zajeździe. Porcje były tak ogromne, że nakarmiliśmy i siebie, i psa. Ceny, niestety, także typowo bieszczadzkie, co już podobno nikogo nie dziwi. Tak więc zdrowo zmęczeni i najedzeni, wróciliśmy do domu. Czy będą następne takie wyjazdy? To pytanie na razie pozostawiam bez odpowiedzi.
Imiona uczestników opisanych zdarzeń zostały zmienione. Autorka nie ponosi odpowiedzialności za subiektywną interpretację faktów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz