poniedziałek, 14 lutego 2011

W....wisko w Bieszczadach - straty, jak co roku

Jedziemy na od miesiąca zapowiadaną imprezę w rocznicę połamania nart przez W. Ciekawe, jakie w tym roku będą straty?

Piątek: cały dzień leje, co chwilę sprawdzamy więc prognozę pogody na new.meteo.pl. W górach podobno już popaduje śnieg. Budzimy się rano, a za oknem biało, hurra! Prawie że robimy zakłady, czy pojedziemy naszą ulubioną trasą przez góry, którą na 70 procent zasypało, czy bezpieczniejszą, przez Lutczę. Polegamy na wiedzy i doświadczeniu D., naszego kierowcy i przewodnika. Jazda na Dynów!
Już w drodze nie najciekawiej, istne pranie mózgu, bo D. ma w samochodzie tylko dwie kasety, a my, jako goście - pasażerowie w jego pojeździe, zostajemy skazani na muzykę J.M. Jarre'a na zmianę ze śpiewem M.Mathieu. I tak przez kilka godzin podróży przedłużającej się z powodu wiatru i niekończących się opadów śniegu. Po dotarciu na miejsce trzeba się odpowiednio wyciszyć, ja uciekam na samotną wędrówkę na Małą Rawkę. Trochę za późno na dłuższą trasę. Może nie tak do końca samotną, bo po drodze dogania mnie kilkuosobowa grupka nieco młodszych i w efekcie szybciej się pod górę przemieszczających. Szlak nasz został również przecięty przez grupę wolnomyślących i niekoniecznie trzymających się utartych szlaków dla turystów ludzi na skitourach. Na górze widoki średniej jakości ze względu na pogodę. Jeszcze nic straconego, przed nami niedziela.





Wraz ze zmrokiem powrót do schroniska, wrzucamy do żołądka coś ciepłego i zaczyna rozkręcać się zapowiadana wcześniej impreza. W międzyczasie okazuje się, że co niektórzy już zdążyli ponieść pewne straty w postaci zerwanych wiązań. To dopiero początek. Poczekajmy do jutra.

Zabawa trwa, wszyscy się bawią, jedzą, ....., i śpiewają. W. nawet zorganizował pamiątkowe koszulki. W pewnym momencie na stół wjeżdżają dwie wielkie michy bigosu domowej roboty. Sam go przyrządził czy stoi za tym jakaś kobieca ręka? Nieważne, rozbawionej gawiedzi i tak wszystko jedno, byle smaczne było. A smakowało, nie powiem. W przerwach wszelkiego rodzaju występy uczestników zabawy (tańce, hulanki, swawole). Bawiliśmy się do ostatniego trzeźwego, śpiewy było słychać w całym schronisku, ciekawe, czy grupa harcerzy z drugiego końca Polski dobrze spała?
Na drugi dzień rano wszystko ładnie posprzątane, chyba mają tam jakieś pracowite skrzaty na służbie.

Niedziela. Dzień bardziej słoneczny niż poprzedni, trzeba jak najszybciej wejść na jakąś fajną górę. Przed wyjściem wychodzą straty z poprzedniego dnia: M. szuka rękawiczek, na szczęście zabrał ze sobą jeszcze zapasową parę (G. na pytanie czy ich nie widział odpowiada: jutro będą na Allegro!). Z. nie może wyjść na tury, bo ktoś zabrał jego skorupy. Może miał takie same? Pod koniec dnia będą kolejne straty.

Ja sama wracałam się do schroniska co najmniej dwa razy; najpierw, żeby się przebrać, bo komuś pomyliły się temperatury (na termometrze miało być tylko 16 stopni, więc wszyscy założyli, że to jest 16 stopni mrozu, ale może chodziło im o 16 na plusie, tak grzało). Kolejny powrót po kije trekingowe. Co za dzień!




Spacerek przyjemny, choć grzeje prawie jak na wiosnę, przynajmniej na południowym stoku Caryńskiej. Na ostatnim podejściu, trawersem po grami, małe potknięcie, upadam na lewą rękę, podpierając się bezmyślnie dłonią i nadal trzymając kijek. Strategiczny środkowy paluszek boli i puchnie pod koniec dnia, diagnoza: stłuczony, robimy okłady. Teraz doceniam fakt bycia osobą praworęczną. Jak to mówi W: straty muszą być!

Wszystko co dobre, kiedyś się skończy, czekam więc, aż chłopcy wrócą z trasy i jazda do domu. Gdy na dobre jesteśmy już w drodze powrotnej, dzwoni telefon, to G. pyta, czy ktoś nie widział jego czołówki. Kolejna strata!
Wcześniej J. przyznał się, że to on przez pomyłkę wziął skorupy Z.'a, przecież były identyczne... Jakoś zdobywamy numer telefonu Z. (po długich tłumaczeniach, po co nam ten numer: znalazły się skorupy). A to się chłopak ucieszy! Chociaż jedna strata odzyskana.

W czasie jazdy, gdzieś na drodze leśnej pomiędzy Birczą a Dynowem, niemal nie doszło do kolejnej straty: na drogę zaczął wychodzić nie najmniejszy jeleń, w ostatniej chwili zmieniając kierunek spaceru. Uff! Ale nam ulżyło!

Gorzej u innych, M. wrócił bez rękawiczek (czy jest sens śledzić aukcje na Allegro?), w moim podręcznym plecaczku zamek do wymiany, W. na pewno kupi sobie nowe wiązania.

Następna taka impreza dopiero za rok. Jakie będą wtedy straty?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz