Ostatnimi czasy pojawia się w internecie coraz więcej relacji osób, które zamieniły zwyczajne, stacjonarne życie na podróże. Jedni dosłownie rzucają pracę na etacie tylko po to, żeby z kolei stać się etatowymi podróżnikami, inni, jeżeli mogą, biorą roczny urlop (gap year), a co mniej uprzywilejowani przynajmniej korzystają z możliwości, jakie dają im polskie długie weekendy oraz inne okresy w kalendarzu.
Ciekawe, ilu z nich zdaje sobie sprawę z tego, że jeszcze jakieś dwie dekady temu wyjechać stąd nie było za łatwo. Teraz to wszyscy mamy dobrze - wsiadamy w samochód lub do pociągu, co odważniejsi (czytaj: zdesperowani) łapią stopa i bez problemu przekraczają granice państwa. Natomiast 20 i więcej lat wstecz do niejednego kraju w Europie obowiązywały wizy, a obywatele polscy byli postrzegani jako potencjalni kandydaci do poszukiwania nielegalnej pracy zarobkowej.
Jednym ze sposobów na wjazd do takiego kraju, bez względu na to, jakie przyświecały nam cele- wyjazd turystyczny czy też do pracy (na czarno, oczywiście), było wykupienie wycieczki w biurze podróży. Ja zapragnęłam zobaczyć Paryż, decydując się na taki zorganizowany wyjazd, nawiasem mówiąc, z renomowanym biurem podróży, pierwszy i ostatni raz. Zakładam, że podobnie postąpiła większość osób podróżujących dziś na własną rękę. A więc, jak to wtedy wyglądało?
Autokar, o ile mnie pamięć nie myli, a jej zaniku tudzież Alzeimera na razie u mnie nie stwierdzono, miał być wyposażony w toaletę na czas mniej więcej dwudniowej podróży. Skończyło się na konieczności korzystania z przybytku na parkingu tudzież z gościnności przydrożnych krzaczków.
Po przybyciu do celu jedziemy do hotelu w jakiejś odległej dzielnicy w północno – wschodniej części miasta. Lokujemy się w pokojach. Nasz, ciekawostka, pokój
trzyosobowy, a w nim tylko dwa łózka, w tym jedno podwójne. Hotelowe oszczędności? Moje współlokatorki znały się na tyle dobrze, że nie stanowiło to dla nich większego problemu. Mimo wszystko, dziś coś takiego byłoby raczej nie do przyjęcia.
Turysta musi się od czasu do czasu umyć, a tu za skorzystanie z prysznica trzeba zapłacić. Cóż, mówią, że to w tym mieście norma, ale dlaczego nie uprzedzono nas o tym przed wyjazdem z kraju? No i kwota 20 Franków zdaje się być jednak zbyt wygórowana. Później, w rozmowach z Francuzami, dowiedziałam się, że owszem, we francuskich hotelach praktykuje się pobieranie opłat za korzystanie z prysznica, ale cena standardowo wynosi 5 Franków (era Euro jeszcze nie nastała, był rok 1990). Nasz pokój, na szczęście, był wyposażony w mini łazienkę z prysznicem, z którego mimo wszystko ciurkała jakaś woda, więc obyło się bez płacenia frycowego.
W cenie noclegu było śniadanie, zgodnie z regułą B&B (Bed and Breakfast). Śniadanie przygotowane zgodnie z kuchnią francuską, czyli pokrojona bagietka posmarowana masłem. Pamiętam wielkie oczy co niektórych i głośno wyrażane niezadowolenie: jak można czymś takim nasycić żołądek? Polak przecie je kanapki z szynką, serem itp. Z drugiej strony, trudno oczekiwać, że wszędzie na świecie będzie tak, jak u nas.
Przed wyjazdem uczestnicy wycieczki dostali wydrukowany plan podróży, z listą przeznaczonych do zwiedzania obiektów, których nazwy były wymienione po polsku. Jak więc znaleźć na planie Dzielnicę Łacińską nie znając francuskiego? W rezultacie do dziś nie wiem, czy tę dzielnicę w końcu zwiedziłam, czy nie.
Wyjazd zorganizowany zazwyczaj oznacza konieczność przebywania w towarzystwie obcych nam dotąd osób, z którymi w innych warunkach niekoniecznie chcielibyśmy się spotkać w naszym wolnym czasie. Najgorzej jest, gdy powstaje konflikt interesów typu 'co dzisiaj zwiedzimy?' Wiadomo, część grupy chce udać się do jednego miejsca, a pozostali do innego. Wygrywa grupa o większej sile przebicia. Dla mnie zwiedzanie grupowe wiąże się z pójściem na zbyt wielki kompromis, dlatego po dwóch dniach zwiedzania z grupą i przewodnikiem zdecydowałam się pochodzić po mieście solo, wybierając obiekty zgodnie z własnymi upodobaniami. Poruszanie się po Paryżu jest bardzo łatwe, z mapą miasta nie idzie się zgubić, ulice pozaznaczane, metro o idealnym planie. A nawet gdybym zeszła ze ścieżki,zawsze mogę zapytać o drogę w jednym z powszechnie używanych w Europie języków.
Jadąc na kilka dni do tak wielkiego miasta zawsze próbujemy dokonać rzeczy niemożliwej: zobaczyć jak najwięcej w krótkim czasie. I nigdy nie wiemy, z czego zrezygnować. Ja pamiętam, że bardzo pragnęłam odwiedzić cmentarz Pere – Lachaise, żeby po obowiązkowej pielgrzymce do grobu Chopina udać się w odwiedziny do Jima Morrisona. Wokół grobu trwa wieczna impreza, fani przychodzą i odchodzą, wspominają muzyka, niektórzy popijają to i owo, na nagrobku graffiti w stylu 'on żyje, tu go nie ma', albo' we love you, Jim' (odtworzone z pamięci, nie gwarantuję dosłownej wierności). Zdjęcie grobu Morrisona na Wikipedii (chyba usunęli to graffiti):
http://pl.wikipedia.org/wiki/Jim_Morrison
Klimat tego miasta tak mnie urzekł, że nie wróciłam z wycieczką do kraju, zostając dłużej w schronisku młodzieżowym i decydując się na powrót autostopem. Najtrudniej było wyjechać z Paryża, trzeba wyjechać trochę na peryferie miasta i wiedzieć, w jakim miejscu stanąć. Potem już idzie z górki. Przynajmniej do pewnego momentu, zgodnie z zasadą: 'im bliżej ojczyzny, tym trudniej złapać okazję'. Na terenie Czech, w Czechosłowacji (jeszcze przed podziałem na dwa suwerenne państwa), złapanie stopa graniczyło z cudem. W pewnym momencie dałam za wygraną i wsiadłam w pociąg do kraju.
Z drugiej strony, taki wyjazd mógł człowieka wpędzić w kompleksy. Obserwując przedstawicieli innych nacji w rożnych sytuacjach, m.in. w kolejce do recepcji w schronisku młodzieżowym, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jakoby górowali nad nami pewną lekkością bytu, której u nas było wtedy jak na lekarstwo. Zazdrościłam też grupce młodych Niemców, którzy po prostu wsiedli w samochód i przyjechali, wynajmując pokój w pierwszym z brzegu hotelu.
Czasy się zmieniły, teraz podróżuję bez kompleksów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz